Nagrać i wydać płytę to dziś żaden problem. Ważne, żeby mieć pomysł i go nie zmarnować. No i najzwyczajniej w świecie uwierzyć, że warto to zrobić. A muzycy z zespołu Blues minus nie wyglądają ani na nieopierzone żółtodzioby, ani na osoby małej wiary.
Ale pozory mylą. Z krążkiem „B/-„ jest pewien kłopot. Wygląda jak profesjonalne wydawnictwo, ale wydany jest jak kiepska dymówka. Okładka wygląda jak zdjęcie z banku fotografii za dolara, no i pewnie ma przedstawiać piwo. W środku – tragedia – żadnych opisów, jedynie stwierdzenie, że to materiał autorski. Jednocześnie w niby dowcipnym intro słychać kilkadziesiąt taktów z tematu „Peter Gunn”. W wydawnictwie profesjonalnym to działalność niedopuszczalna. Ale w Polsce blues to bardziej muzyczne podziemie, trzeba dać szansę. No i zespół tę szansę ma. Rusza z kopyta z utworem „Tylko nie mów nic”. Prosta linia basu, mocny głos Artura Wieczorka i precyzyjna praca aż dwóch gitarzystów. Niby wszystko jest w porządku, perkusiście udaje się nieco rozbujać utwór, ale całość jednak sprawia wrażenie, ze zespół lepiej czuje się w dokładnym rockowym łojeniu niż bluesowym feelingu. „A gdyby tak…” zgodnie z pomysłem Blues minus na granie zaczyna się od wyrazistych nut gitary solowej. Ale za to wokalista jakby zapomina, że jest mężczyzną i stara się zaśpiewać delikatnie, wręcz festiwalowo. Na a zespół czai się za nim, żeby przyłoić ciężkawymi riffami. I w efekcie fajny, miłosny numer brzmi po prostu prowincjonalnie. „Hej mała” to próba zagrania elektrycznego jump bluesa czy rockowego boogie. W tekście pojawia się miłość do alkoholu, a gitarzyści znów czekają, żeby z pazurem poprzebierać kostką po strunach. I można odnieść wrażenie, ze ta piosenka znacznie lepiej broni się na żywo niż w studiu. I kolejny przykład bardzo białego bluesa – „Blues minus”. Wiadomo – gitarzyści już rozpisali swoje partie i zaczynają grać całkiem fajną melodię. Ale akurat tu nie dzieje się przez 2/3 numeru zbyt wiele, a potem pojawia się ogniste solo, które gaśnie zanim zdoła porazić wszystkie zmysły. No to se nie pograli. Zespół stara się bluesowi nadać własne piętno harmonii. „Nie ufaj kobiecie” śpiewa słowami dość wyświechtanymi, za to wokalista Wieczorek śpiewa w niezłej formie. Tyle, ze bardziej pasowałby do formacji pokroju Steppenwolf czy Grand Funk niż do Johna Mayalla. Lekki przester, to ulubione brzmienie gitarzystów Blues minus. Fajny blues-rockowy „Miła story” w takiej konwencji brzmi całkiem nieźle. No i opis zamykania baru wyśpiewany schrypniętym głosem robi wrażenie. Kto wie, czy to nie najlepszy utwór na całym krążku, zwłaszcza że ozdobiony partią harmonijki. Ale nie obędzie się bez wypracowanych rockowych solówek, które co prawda wywodzą się z bluesa i to by było na tyle. Tytuł kompozycji „Pieniste piwo” każe zadać pytanie, kto za tym stoi? LED Zeppelin? To chyba za mocno powiedziane, ale praca gitar i sposób realizacji zbliżają się lekko do sławnego „Rock’n’rolla”, tyle że granego odrobinę wolniej. Zespół dośpiewuje chórki, jak Obstawa Prezydenta i pewnie pochwała pienistego piwa, którego dobrze się napić sprawdza się na festynach sponsorowanych przez lokalne browary, ale czy naprawdę w kraju, w którym pogotowie wiezie chorego byle gdzie, bo ma zarabiać a nie ratowac życie nie ma bardziej bluesowych tematów? Kiedy słucha się bajek o samospełniających się przepowiedniach, trudno w nie uwierzyć, ale jeśli ktoś w tytule płyty sam daje sobie minus – coś w tym jest. Blues minus niefortunnie sami wystawili sobie ocenę. Bo w ich muzyce jest radość i rock and rollowa energia, ale bluesa tyle, co w pianie z ukochanego (tak się przynajmniej wydaje) przez zespół napoju. |