Johnny Coyote. Ten zespół funkcjonuje jak dobrze naoliwiona machina. EP-ka "Where Is My Cow?" zapowiadała, że coś się musi wydarzyć. I wraz z płytą Blues Bastard mamy wreszcie wydarzenie w świecie polskiego elektrycznego bluesa, czy blues rocka z domieszką southern.
"Where Is My Cow" to sympatyczne rockowe granie, które dodatkowo wzbogaca szczera fraza - a jakże - Michała Cielaka Kielaka na harmonijce ustnej. Zespół ma pomysł na produkcję i od razu nie zdradza, jakie możliwości wokalne ma Ewa Pitura. Ale kiedy już usłyszy się jej głos - wiadomo, że to może być odkrycie 2011 roku. A zespół gra nawet jak popularni już chyba z ćwierć wieku temu Guns'n'Roses. Z taką sprawnością, szybkością i energią, nie wyłączając bębniarza.
"I'm Gonna Shoot You" mógłby z kolei nagrać... Living Colour. Ale słychać, że Johnny Coyote ma własną wizję mocnego grania i cały czas pamięta, że blues to korzenie. A Pitura śpiewa z należną tempu numeru swobodą. No i Kielak nie mniej swobodnie radzi sobie w lekko funkowym stylu. Jest w tej muzyce przestrzeń i nie brakuje, bez urazy, męskiej siły.
W "Toy Story" słychać, że gitarzysta odrabiał w domu i lekcje z Metalliki, ale umie powstrzymać swoje zapędy dla dobra muzyki i zamiast grać riffy w klimacie "Enter Sandman" po kilku taktach zabawy zaczyna zabawę, ale slidem. Ależ oni stylowo brzmią. I ile w tej piosence jest przestrzeni. Pewnie po to, żeby wokalistka mogła jeszcze lepiej zabrzmieć. Ale potem pojawia się obszerna część instrumentalna i nagle Pitura zaczyna wibrować z gitarami w klimacie godnym... "Whole Lotta Love" ale z brzmieniem Coyotów, nie Zeppelinów.
A "Diamond"? Mimo, że znana z EP-ki - wciąż brzmi potężnie, wręcz zachwycająco. A Janusz Orlikowski na bębnach też gra w starym, dobrym stylu. Do tego niezbędne gitary ze slidem i Michał Cielak Kielak - dobry na każdą okazję. I nagle z pełzającego bluesa, zamienionego w hard rockową armatę, robi się hymnowa ballada o potężnym brzmieniu.
Zadziwienia trwają. Johnny Coyote w utworze "Train" nie tylko używa słowa na "f", ale momentami brzmi jak daleki krewny Soundgarden czy Temple of the Dog. Ale zawsze wplata w swoje granie esencjonalne, bluesowe nutki, żeby nikt nie mial wątpliwości, że znają wilgotne Seattle, ale wolą spalone pustynie Teksasu.
I wreszcie zespół zwalnia tempo i intonuje przejmującego bluesa. "Blind Alley" jednak od pierwszych nut mówi, że będzie gorąco. Gitarzyści ledwie hamują się, żeby nie eksplodować solówkami, ale i tak ich popisy trwają niemal dwie minuty. A potem pojawia się fraza z lekka przypominająca "Ball and Chain" Janis Joplin. Ale Ewa Pitura nie musi jej naśladować. Ma swój pomysł na śpiewanie bluesa i radzi sobie doskonale z przekazywaniem całej gamy emocji.
Po niemal dziesięciominutowej porcji bluesowania Johnny Coyote narzuca sobie rytm boogie w klimacie dawnych wyścigów Alvina Lee, w dodatku wspierając się frazą Kielaka. A i Ewa Pitura nie oszczędza głosu. Niejest może ów tekst poezją na miarę Szekspira, ale energią przewyższa niejedną opisaną w jego dramatach intrygę czy zbrodnię. A gitarzyści - Piotr Janużyk i Dariusz Wilk współpracują ze sobą perfekcyjnie.
"I'm here" to już klasyczny chicagowski blues, w jakich kiedyś specjalizowała się Kasa Chorych. Tyle, że tu harmonijka Michała Kielaka pojawia się jedynie jako ozdobnik, za to solo gitary wzbogacone zostało o pracę z pedałem efektowym. I brzmi pysznie. Rasowy blues.
A "Bastard" to następny, niemniej stylowy pomysł na granie bluesa z southernowym sznytem. I znów gitarzyści najpierw pozwalają przemówić swoim instrumentom. Zaczyna się interesująca wymiana fraz, oparta o pulsującą nieco z tyłu sekcję. I wtedy przejmująco włącza się do akcji Cielak ze swoją graną wprost z serca, nie tylko z płuc harmonijką. Razem muzycy dowodzą, że instrumentalne bluesy mają w sobie siłę i warto takie kompozycje umieszczać na krążkach, nawet jeśli ma się w składzie świetną wokalistkę.
"Ten Pieces Of Me" zaczyna się jakby intro zagranym w manierze innego sławnego blues rockowego gitarzysty - Davida Gilmoura. A i sam kołyszący się rytm utworu i bridge równie dobrze mogłyby znaleźć się gdzieś na Wish You Were Here albo Animals. Ale Johnny Coyote nie popada w progresywne zapędy, bo po pierwsze - ma wyrazistą wokalistkę, a po wtóre - gitarzyści są rasowymi bluesmaniakami. A Pitura odwdzięcza się za ich grę wyjątkowo emocjonalną interpretacją.
Krążek kończy piosenka "Fear". To gęsto zagrana kompozycja, bliska bluesowi, ale wzbogacona o kilka intrygujacych akordów, no i podana w fajnym tempie. I znów - jest miejsce na oddech, na wsłuchanie się w niuanse głosu wokalistki i zachwyt nad przemyślaną praca dwóch gitarzystów - świetne zakończenie.
Blues elektryczny, teksaski, czy southern - po co szufladkować. Johnny Coyote mają świetny skład i znakomite, autorskie kompozycje. Giatarzyści umieją dogadać się ze sobą a Ewa Pitura wyrasta nagle na jedną z najwazniejszych elektrycznych wokalistek w Polsce. Musicie poznać płytę i koniecznie skonfrontować doznania z występem na żywo. Musi być o wiele goręcej!