poniedziałek, 31 październik 2011 22:45

Magda Piskorczyk - jej Mahalia to nie tylko hołd

Magda Piskorczyk - Mahalia Magda Piskorczyk - Mahalia

Wielki głos polskiego bluesa, i jak się okazuje nie tylko bluesa, potyka się z repertuarem wielkiego głosu świata gospel. Magda Piskorczyk i jej Mahalia to hołd oddany wielkiej Jackson i jednocześnie świadomie odczytana światowa tradycja.

„Come on Children, Let’s Sing” to świetne rozpoczęcie krążka. Pulsujące hammondy Stanisława Witta i marszowy werbel podkreślają z jednej strony zmysłowość pieśni Jackson, a z drugiej wręcz zachęcają do współudziału w świętowaniu stulecia urodzin wokalistki.

 „Get Awal Jordan” to już typowa wokalna interpretacja Piskorczyk. Oszczędnie zaaranżowana eksponuje głos Polki, która brzmi po prostu światowo i bardzo gospel. A do tego Aleksandra Siemieniuk slidem dodaje ostrości tej nieco countrowej aranżacji.

I jeśli ktoś myślał, że nic go nie zaskoczy w głosie Piskorczyk, musi pochylić się nad „Just a Closer Walk with Thee”. To sztuka umieć powściągnąć emocje, a jednocześnie niemal intymnie modlić się śpiewając.

 „Go Tel. It on the Mountain” to dopiero pierwsze nagranie z zapowiadanym kwintetem wokalnym Gospel Band Choir – jak najbardziej polskim. I ze niezwykle brzmiącym pianem elektrycznym w solówce. Mimo prostej formuły – zaskakujące.

 „Jesus Met the Woman At the Well” to konstrukcyjnie prablues. Zaśpiewany z werwą i rozswingowany. I znów Stanisław Witta popisuje się pianistycznym smakiem, choć jako aranżerka podpisana jest Piskorczyk. No i mamy bluesowe solo gitary elektrycznej.

 Swingująco brzmiąca gitara elektryczna stanowi podstawę „Lord, Serach My Hart”. Tempo jest zawrotne, ale Piskorczyk nie poddaje się gonitwie instrumentów. Jej głos pięknie i delikatnie wibruje, a Stanisław Witta gra jak rasowy pianista epoki dixie.

 Pieśń wielkim proroku Eliaszu zaczyna się dudnieniem kontrabasu w klimacie niemal „Fever”. Piskorczyk całe „Elijah Rock” śpiewa wyłącznie z akompaniamentem kontrabasu. Ciarki przechodzą po plecach. Znakomity pomysł.

 W „How I Got Oper” znów mamy szansę usłyszeć mini chórek. A Piskorczyk w nagraniu sprawia wrażnie, jakby występowałą na scenie niewielkiego klubu w Harlemie albo… na warszawskiej Pradze. Ale, nie, przecież nagrania powstały na Ochocie. I brzmią niezwykle klarownie.

 W „He’s Got the Whole Word In His Hands” Siemieniuk sięga po gitarę dobro. Do tego sekcja rytmiczna i głos Piskorczyk doskonale się uzupełniają. No i mamy też solo na dobro, a takiego brzmienia nigdy dosyć.

 Bardziej standardową aranżację ma „Jesus Is With Me”. I znów nie byłoby tej piosenki bez stylowo grającego pianisty, ale to już oczywista oczywistość owego krążka. Siemieniu gra znów niemal jazzowo, a sekcja stara się swingować zmieniając rytm, w zależności od fragmentu utworu.

 Organy parowe, później zamieniona w hammondy, to jeden z najbardziej kojarzących się z gospel, oprócz chórów, pomysłów aranżacyjnych. I takie brzmienie rozpoczyna „Trouble of the Word”. To wyjątkowo ważna pieśń i słychać, że Piskorczyk zanim ją zaśpiewałą, przemyślała aranżację i sposób poprowadzenia partii wokalnej. I bez wątpienia jedna z większych perełek tego sznura.

 Na krążku, choć nie gar w każdym utworze, ale ma wiele do zagrania Siemieniu. Ciepła barwa gitary elektrycznej rozpoczyna „Keep Your Hand on the Plow”. Tu już Piskorczyk bawi się wokalnie z Gospel Band Choir. A Witta gra stylowe solo na hammondzie. Trudno sobie wyobrazić tę płytę bez niego.

 Następna pieśń to niemal credo – „I’m Goin’ to Live the Life I Sing Abort In My Song”. I to kolejny powód, żeby przysłuchać się głosowi Piskorczyk. Śpiewa tę piosenkę wyłącznie z gitarą akustyczną i jest absolutnie szczera. Rozdzierająco szczera.

 Ostatnie spotkanie ze śpiewającym kwintetem to radosny „Great Gettin’ up Morning”. Taka muzyka mogła powstać tylko w kościele afroamerykanów, a Piskorczyk śpiewa ją z nadzwyczajną biegłością i szybkością.

 I wreszcie jeden ze standardów wszech czasów. Krążek kończy osobista wersja „Summertime” Gershwina. Zaśpiewana znów tylko z kontrabasem. I ozdobiona trąbką, graną jakby w oddali, w którą dmuchał Jacek Namysłowski.

 Mahalia może być pierwszym krokiem do poznania oryginałów wielkiej damy gospel. Ale w dyskografii Magdy Piskorczyk to także płyta niezwykła. Wokalistka z nagrania na nagranie jest coraz lepsza i coraz bardziej świadoma, tego co chce osiągnąć. A taka świadomość to prawdziwy klucz do sukcesu. I nie idzie na łatwiznę.

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry