Bluesonline poleca

Bluesonline poleca

wtorek, 06 wrzesień 2016 19:24

Mark Bestia Olbrich: Harlow to jest sedes Anglii. W Wielkiej Brytanii zawsze cenili Polaków

Mark Bestia Olbrich by Agata Jankowska Mark Bestia Olbrich by Agata Jankowska

Wywiad bluesonline.pl  - Kryminalizacja Polaków jest sto razy mniejsza niż wszystkich innych mniejszości zamieszkujących Wielką Brytanię i to są fakty podawane przez prasę – mówi Mark Bestia Olbrich, gitarzysta basowy, który od kilkudziesięciu lat mieszka w Anglii.

bluesonline.pl: Jak się żyje Polakowi na Wyspach Brytyjskich, w dodatku wykonującemu wolny zawód?

Mark Bestia Olbrich: Wspaniale! Grałem niemal na całym świecie i wiem, że Wielka Brytania jest tym krajem, gdzie zawsze lubili Polaków, zawsze cenili a nawet przeceniali Polaków. Wiadomo, że w czasie I wojny światowej wspaniali polscy żołnierze walczyli w siłach zbrojnych, ale wcześniej osiedlała się choćby polska arystokracja. Jeszcze za komuny w Polsce, czterech kolejnych koniuszych królowej brytyjskiej było Polakami, dwóch Polaków czytało główne wydanie dziennika telewizyjnego, Glen Oglaza dziś jest w Sky News. Niektórzy pozmieniali nazwiska, innych już nie można rozpoznać, to już kolejne generacje, w Polsce niemal niezauważalne.

Kiedy rozpoczęły się kolejne fale imigracji, a Tony Blair zaczął wpuszczać niemal wszystkich, a każdej brytyjskiej gazecie pisali, że nie ma lepszych ludzi jak Polacy. Polacy w dużej części zrewolucjonizowali pracę w Anglii. Choćby anegdota o konserwacji masztów sieci komórkowych. Zanim na Wyspach pojawili się Polacy, dwóm ludziom zajmowało to kilka dni. Nasi rodacy wpadli na pomysł, by zamiast wspinać się na maszt, dokonywać konserwacji przekaźników na ziemi i z powrotem montować je na górze, całą pracę wykonywali z platform, oszczędzając czas. To jest „ten drive”, który ciągnie Polaków. Tę historię opisywały wszystkie gazety.

Kryminalizacja Polaków jest sto razy mniejsza niż wszystkich innych mniejszości zamieszkujących Wielką Brytanię. Takie są statystyki, które bez przerwy drukuje prasa, bo kryminalizacja każdego społeczeństwa jest przecież problemem. Z drugiej strony, jeśli chodzi o „złych Polaków”, statystycznie na każdy milion znajdzie się paru idiotów, ale też Irlandczyków czy jakichś innych. Z tym nie ma problemu. To dziennikarze tak ukazują świat, szukają negatywów i skandali. Ja kiedyś też byłem dziennikarzem – nie możesz napisać historii, że wszystko jest fajnie, nic się nie stało, bo cię od razu wypieprzą z pracy. Kiedy podłapali, że jeden Polak kogoś zgwałcił, drugi coś ukradł, to napisali.

A bójki w Harlow? Harlow to jest sedes Anglii. Nawet, kiedy graliśmy w różnych zespołach, nikt nie chciał grać w Harlow. Tam są bandyci, awanturnicy, nikt nie pracuje, wszyscy są na socjalu. Są też dzieci, w których od trzech, czterech pokoleń nikt nigdy nie pracował. Wielka Brytania ma na to sposób. Nawet kiedy zamknęli sto kopalń, w każdym miasteczku coś zostało. Kiedy przemysł w Harlow upadł, ogłosili tam strefę „tax free” i założyli tak jak w Chicago firmę paczkującą mięso. To są naprawdę olbrzymie zakłady porcjujące i pakujące mięso. Tam właśnie pracują prawie sami Polacy. Wcześniej tę pracę oferowano miejscowym, ale oni mają ją w dupie, ba, oni nie są w stanie pokazać dwóch krajów na mapie. Te bandy 15-latków terroryzują całe miasto, a Polacy pracują. Ten zabity Polak po prostu pojawił się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Oni pewnie wiedzieli, że jest Polakiem, ale czy to chodziło o politykę. Podobno żaden z nich nie powiedział, że was zabijemy bo jesteście Polakami, po prostu chcieli wyłudzić pieniądze. Przedtem pewnie wybili milion okien i ukradli milion samochodów. Nie ma w Anglii „polish jokes” jak są w Ameryce. Szanują Polaków.

A jak się czuje muzyk z Polski, który jedzie do Anglii, by grać muzykę jakby w jej kolebce?

Wtedy, kiedy ja wyjechałem do Anglii, Zbyszek Hołdys wyjechał do Ameryki. Wtedy mieliśmy zespół Rh-, który zdaniem krytyków był jednym z pierwszych polskich prawdziwych zespołów rockowych, i wtedy Hołdys napisał, że jak pojechałem tam, przekonałem się że nie umiem nic. Ja nie umiem pisać takich pięknych piosenek jak Hołdys, a kiedy tam się zjawiłem patrzę, a tu w jednym miejscu gra Muddy Waters, w innym Albert King, obok przyjeżdża John Lee Hooker co miesiąc. Grać umiałem, ale blues nie polega na technice grania. Powiedziałem sobie – zaczynam od dołu w pubowych zespołach, grając za darmo albo za 10 funtów, żeby się dotrzeć i powoli pojąłem tę filozofię gdzieś po 5 latach. Podobnie w futbolu. Jak się przyjedzie grać na Wyspach, trzeba 90 minut biegać i kopać piłkę, a kiwać to się możesz z żoną i tak samo jest z muzyką. Blues to nie jest nasza muzyka, to jest muzyka Ameryki, która przyszła do Anglii, po drodze coś zgubiła, a kiedy przeszła na kontynent to już mało kto pamięta, że podstawą bluesa jest przekazanie Twoich uczuć i nawet wiadomości w prosty sposób muzyczny. I to jest esencja bluesa. Słowa, tekst, muszą być autentyczne. Kiedy Jimmy Thomas śpiewa klasyki bluesa mogę to zagrać. Nie zagram tych standardów z nikim innym, bo nie byłem w Mississippi, kiedy waliły pioruny i zrobił się „smokestack lightning”, to nie moja bajka.

To dlatego na nowej płycie są standardy, bo ma je szansę zaśpiewać ktoś autentyczny?

Nie tylko w Polsce. W momencie jak gramy bez Thomasa, nie gramy ani jednej z tych piosenek. Wtedy to byłaby klezmerka. Wtedy gramy piosenki z własnych uczuć, które napisały inne zespoły w Anglii, śpiewające o tym, co im się przytrafiło, bo mamy z tym jakiś emocjonalny kontakt. Teraz piszę nowe piosenki, bo moja nowa płyta będzie w całości autorska, i wszystko co się w nich pojawi, naprawdę mi się zdarzyło i opowiadam to w formie jedynej muzyki, jaką lubię, w bluesie. I dopiero razem to działa.

A jak to jest być basistą, człowiekiem z drugiej linii, a jednocześnie – szefem zespołu?

Było i jest wiele zespołów, choćby Michaela Jacksona, gdzie bas jest newralgicznym punktem zespołu. Łączy rytm z przekazem i umożliwia ludziom z przodu wykazaniem się artyzmem. Jak t rozdzielisz, to dwa pociągi rozchodzą się w pięć sekund. Jeśli masz zespół to tak jakbyś miał firmę. Pojawiają się sytuacje kompletnie niemuzyczne i to strasznie stresujące, ale trzeba. Mnie do założenia własnego zespołu zmusił mój agent. Grałem z wieloma muzykami, startowałem w przesłuchaniach do topowych zespołów, ale miałem żonę i dwoje małych dzieci i nie zgodziła się na angaż. Wtedy agent powiedział – dość tego, rób swoje. Spróbowałem i coś tam się klepie.

Da się z tego wyżyć. Z muzykowania?

Muzykowanie ma wiele barw. Możesz być dyrygentem orkiestry i mieć 15 służących. Jeśli chodzi o bluesa – przepraszam, ale odpowiedź nie jest jasna. Żyć się da, ale zależy na jakim poziomie. Mam znajomego, jest dużo lepszym ode mnie basistą, a gra jazz i ma jednopokojowe mieszkanko i 10-letni samochód i jest szczęśliwy. Będąc zwykłym muzykiem – raczej się nie da utrzymać rodziny. Eric Clapton przykładowo płaci 250-300 funtów od występu plus koszta. Żeby mieć w miarę spory własny dom, jaki posiadam, i wysłać dzieci do w miarę dobrych szkół, to nawet jeśli zarabiałbyś tyle codziennie to byłoby o 90 procent za mało. Jeśli nie komponujesz, nie jesteś liderem to raczej nie wejdziesz na półkę, gdzie się kupuje mercedesy.

A czym jeździsz?

Mercedesem (śmiech). Staryyyym!

Podziel się

Wyśli do DeliciousWyśli do DiggWyśli do FacebookWyśli do Google PlusWyśli do TwitterWyśli do LinkedIn

Do góry