Blues Against The Machine – Vol. II
Blues Against The Machine – Vol. II

Budda Guedes nie zwalnia tempa. Międzynarodówka bluesowa pod szyldem Blues Against The Machine ma już drugą płytę – po prostu „Vol.II”.

Jak tu uwieść nieprzekonanych? Najlepiej wzmocnić przekaz i zatytułować singiel „Blues Against The Machine”. Czy zadziała? Nie wiadomo, ale fani harmonijki ustnej, kiedy tylko usłyszą ogień, jaki wydobywa z płuc Danny Del Toro będą szczęśliwi. Nowoczesne to bardzo granie, ale za to z pysznie brzmiącym fortepianem Barta Szopińskiego.

Funkujący „Easy Fix” pełen jest znakomitego rytmu, ale i aranż z riffami Hammondów Szopińskiego i harmonijki Del Toro zamienia się w pełnokrwisty utwór, gdzie każdy z muzyków ma szansę przez chwilę błysnąć – Guedes tylko funkuje.

Bo w autorskiej piosence „Bright Light” może popisać się talentem kompozytorskim na miarę „Journeymana” czy teamu Tedeschi-Trucks. W normalnym świecie to byłby kolejny singiel. Dwie Portugalki w chórkach jeszcze bardziej ubogacają piosenkę, która ma w sobie i coś z wczesnych The Wings. Aż chce się zapętlić i dołączyć z gitarą bądź harmonijką.

Dynamiczny „Respect” może nie ma w sobie tyle przebojowości, co wcześniejsze utwory, za to jest idealną hyhm and bluesową machiną, która śmiało prze do przodu. I znów te trafione chórki. Po prostu książkowe aranżacje wykorzystujące i tradycję Motown i rhythm and bluesowe granie czarnoskórych bluesmanów.

Pierwsze nuty molowego „Spiders in My Car” to dopiero początek niespodzianek. Bo jest jeszcze dialog – zdaje się portugalsko-angielski. Przepiękna, taneczna ballada, ma w sobie elementy latynoskiej rytmiki, jaką lata temu przedstawił światu Carlos Santana w zestawie z Johnem Lee Hokerem w piosence „The Healer”. I żeby nie było za nudno, nagle cała orkiestra dostaje niesamowitego kopa. Co za strzał!

Klasyczny amerykański blues objawia się w prościutkiej piosence „This World Ain’t Right”. Tu Danny Del Toro gra na najwyższych tonach i wreszcie odzywa się gitara Guedesa. Bart Szopiński też wie dokładnie co robić. Jak to świetnie kołysze!

Takiego metrum chyba nikt się nie spodziewał. „Iron Will Never Be Gold” zaczyna się nieco niczym „Delilah” Toma Jonesa, ale czy jest coś w tym złego? W Braga w Portugalii w studiach Mobydick umieją nagrywać, ale i Budda Guedes jako producent sprawia się znakomicie. Znakomita piosenka do tańca w parach, tyle że tu już trzeba umieć tańczyć, jak zagra orkiestra. I lepiej uważać, bo i duch ojca chrzestnego jest gdzieś w pobliżu.

„Maybe” to piosenka, którą tylko przez przypadek nie podpisał Bart Szopiński, no chyba że grafik na okładce się rozpędził. I co ciekawe z fortepianówki zmienia się w ognisty shuffle z genialną harmonijką i finałowy gospel blues.

Trzeba mieć odwagę, żeby nagrać wokal w jednym właściwie kanale, ale co tu udawać – muzyka Bliues Against The Machine korzeniami sięga lat 50. XX wieku. A jednocześnie Budda Guedes umie skorzystać z nutek, jakie kiedyś wymyślił na przykład George Harrison by ubarwić swoją piękną pieśń „There’s No Stronger Bond Than Love”. Absolutnie stylowe brzmienie łączy kilka pokoleń fanów prawdziwej muzyki. A swoją drogą – gdyby Prince żył śmiało mógłby zagrać cover tej piosenki. A może podsunąć ją Lenny’emu Kravitzowi?

Finałowa pieśń „Raise It High” to reggae. Bo skoro Eric Clapton wciąż gra „I Shot The Sheriff” dlaczego bluesowa międzynarodówka nie może ułożyć własnego numeru? Tym bardziej żekcja rytmiczna daje radę, chórki brzmią mega stylowo.                

Blues Against The Machine  „Vol. II” to płyta, która może trafić do żelaznych zestawów w autach i na prywatki raczej starszych nastolatków. Och, zobaczyć ich na żywo…